Kamczatka – wspomnienia

mgr Renata Gut
Półwysep Kamczatka to bez wątpienia jedno z tych miejsc, które każdy geolog chciałby zobaczyć. Znajduje się on na wschodnim krańcu Rosji, około 10 tys. kilometrów na wschód od granic Polski.
Nasza podróż rozpoczęła się na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Tam właśnie, o umówionej godzinie zebrali się wszyscy uczestnicy wyprawy z bagażami tak wielkimi, że ciężko było je unieść. Jechaliśmy na ponad dwa miesiące i każdy starał się zabrać ze sobą odpowiednio dużo jedzenia. Jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie, ale wtedy nie mogliśmy jeszcze o tym wiedzieć.

Moskwa
Moskwa


 Podróż do Moskwy minęła nam szybko. Ulokowaliśmy się w hotelu Bajkał i ruszyliśmy na podbój stolicy Rosji. Mieliśmy na to niestety tylko jeden dzień, a to stanowczo za mało. Zakupiliśmy kilka map i wróciliśmy do hotelu, by kompresować swoje zupki chińskie.
Podróż samolotem była wyjątkowo interesująca. Lecieliśmy nad Syberią przez prawie dwanaście godzin. Mieliśmy okazję zobaczyć również jednoczesny zachód i wschód słońca. To było niesamowite, ale tak długi dzień wybił nas zupełnie z rytmu. Gdy byliśmy już nad Kamczatką, naszym oczom ukazał się piękny widok wystających z morza chmur szczytów wulkanów.
Po wylądowaniu na lotnisku szybko zajął się nami Saszka, miejscowy przewoźnik samochodowy. To on właśnie pokazał nam stolicę Kamczatki – Pietropawłowsk Kamczacki, oraz pomógł znaleźć tanie lokum. Początkowo było to „sanatorii profilaktorii – Juność”. Na jakich zasadach funkcjonowała ta jednostka „opieki medycznej” nikt nie miał pojęcia, ale było tam tanio i mogliśmy magazynować swoje zapasy. Pozapadane, trzeszczące prycze rekompensowała nam obecność łazienki. Szybko zabraliśmy się do organizowania naszej wyprawy na Kluczewską Sopkę.
 

Kluczewska Sopka

 Nasza pierwsza przygoda, która jak się okazało była dla nas jednym wielkim zaskoczeniem, rozpoczęła się czwartego lipca o godzinie 7 rano. Nasz znajomy kierowca – Saszka zjawił się 12 minut przed czasem. Pogoda niestety nie należała do najlepszych, gęsta mgła i deszcz, więc wszystkich ogarnęła senność. Rozbudził nas pierwszy postój . śniadanie w miejscowości Sokocz. Było to na końcu asfaltowej części drogi do Kluczy (miasta u podnóża Kluczewskiej Sopki). Przed nami rozciągała się przełęcz, ograniczona pasmami wulkanów. Dalsza droga była już tylko żwirowa i z każdym kilometrem stawała się coraz ciekawsza. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy świętym źródle, by po raz ostatni, o czym szybko mieliśmy okazję się przekonać, napić się czystej wody. Od tego miejsca mogliśmy obserwować pierwsze niszczące przejawy wulkanizmu – spalone lasy, zwały popiołu wulkanicznego. Im bliżej byliśmy Kluczy, tym droga była co raz gorsza. Tumany kurzu unosiły się nad naszym samochodem, który dzielnie pokonywał wielkie wyrwy w drodze powstałe w wyniku rozmycia. Wreszcie dotarliśmy do Kluczy. Wjazd był zagrodzony szlabanem i opatrzony całkowicie pijanym patrolem wojskowym. Dzięki temu wjechaliśmy w strefę wojskową, nie posiadając na to odpowiednich zezwoleń. Również pijana autostopowiczka pokazała nam drogę do stacji wulkanologów, gdzie niestety nikogo nie zastaliśmy. Szybko wyjechaliśmy za miasto, gdzie nad rzeką dwóch Rosjan za jedyne dwie flaszki wódki, pokazało nam rzekomą drogę na Kluczewską Sopkę.

Kamczatka - droga na wulkan
Droga na wulkan

Rozstaliśmy się z naszym kierowcą i ruszyliśmy w dalszą drogę. Już po 20 minutach marszu czekała nas przeprawa przez rwącą rzekę, która dla ironii nosiła nazwę Suchaja. Potem było już tylko gorzej. Brnęliśmy przez las, który swoją gęstością przypominał raczej dżunglę. Trzydzieści stopni upału, komarów i meszek tyle, że wydawało się że jest szaro, a my ubrani po zęby- nakomarniki na głowach, czapki, rękawiczki, ciężkie plecaki i ciągła droga w górę i w dół.

Droga na Sopkę
Droga na Sopkę

Zrezygnowani wróciliśmy z powrotem do rzeki Suchaja, gdzie wszyscy chciwie pili „pyszną” wodę z mułem, wymywanym z popiołów wulkanicznych. Wycieńczeni rozbiliśmy obozowisko, by następnego dnia ruszyć w dalszą drogę, tym razem wzdłuż rzeki.

Potok lawowy i stożki pasożytnicze
Potok lawowy i stożki pasożytnicze

Potok lawowy i stożki pasożytnicze

Tego dnia udało nam się dotrzeć do potoku lawowego. Kolejne dwa dni nosiły miano „sanitarnyj dień”, gdyż wszyscy byli wykończeni i pogryzieni przez owady. W tym czasie zwiedzaliśmy okolicę, planowaliśmy dalszą drogę i zbieraliśmy siły.

Ślady niedźwiedzia
Ślady niedźwiedzia

Piątego dnia wyprawy ruszyliśmy potokiem lawowym w dalszą drogę, która była już znacznie łatwiejsza. Wieczorem dotarliśmy do końca potoku, gdzie rozbiliśmy obozowisko. Miejsce to było niesamowite, wszędzie był czarny popiół, żadnej roślinności, obok płynęła rzeka, a całą dolinkę otaczały wysokie skały. Emocji dodawały liczne ślady łap niedźwiedzi brunatnych. Wrażenia były jeszcze mocniejsze, gdy rano następnego dnia przy wejściu do jednego z namiotów znaleźliśmy odbitą wielką łapę włochatego olbrzyma.

Chata wulkanologów, Kluczewsaka Sopka
Chata wulkanologów, Kluczewsaka Sopka

Przez kolejne dwa dni wędrowaliśmy w deszczu przez labirynt dolinek, który wyprowadził nas obszary bezleśnej tundry na zboczach wulkanu. Kluczewskiej Sopki w dalszym ciągu nie było widać. Znaleźliśmy jednak miejsce o którym wszyscy marzyli – chatę wulkanologów. Wreszcie mogliśmy wysuszyć mokre ubrania, ogrzać się i wypocząć. Nasz kilkudniowy trud został jednak nagrodzony. Następnego dnia wiatr rozwiał chmury i naszym oczom ukazała się monumentalna postać Kluczewskiej Sopki. Wprost nie wierzyliśmy, że była tuż obok, a jej wielkość przekraczała wszelkie oczekiwania.

Kluczewska Sopka
Kluczewska Sopka

U podnóży Kluczewskiej Sopki spędziliśmy kilka dni, zajmując się penetracją okolicznych stożków pasożytniczych. Na jednym z nich, znajdującym się na północnych zboczach wulkanu, natrafiliśmy na niebieskie wykwity pokrywające porowate powierzchnie skał. Zidentyfikowano je jako paratacamit i tenoryt. Ponieważ znajdowały się one na suchych powierzchniach skalnych, prawdopodobnie powstały podczas erupcji stożka pasożytniczego, lub w wyniku gazowej działalności fumaroli.
Na wewnętrznych zboczach krateru innego stożka napotkaliśmy zwietrzałe lawy gąbczaste o białym zabarwieniu. Pierwotne minerały skałotwórcze zostały zastąpione w nich przez węglany i minerały z grupy serpentynów. W porach tych skał udało się zidentyfikować tenoryt. Występuje on jako bardzo drobne (do 0,5 mm wielkości) automorficzne kryształy o czarnej barwie. Kryształy te niekiedy pokrywają duże powierzchnie, nadając skałom szare zabarwienie.

Bomba wulkaniczna
Bomba wulkaniczna

Na niektórych stożkach natrafić można było również na bomby wulkaniczne, jednakże znalezienie ładnego okazu nie było łatwe. Największa znaleziona bomba miała rozmiary stojącego człowieka, a najmniejsza wielkość długopisu.
Po kilku dniach zbierania bomb, okazało się, że już każdy z nas ma nieco „wybuchowego” materiału, tak więc przed wyruszeniem w powrotną drogę część z nich trzeba było wyrzucić. Jednak niektórzy z uczestników wyprawy cała powrotną drogę taszczyli pieczołowicie uzbierany balast, aby następnie wyrzucić go w Pietropawłowsku.
Ze względu na bardzo złe warunki atmosferyczne niestety nie udało nam się zdobyć szczytu Kluczewskiej Sopki. Drogę powrotną do Kluczy pokonaliśmy w ciągu jednego dnia, korzystając z drogi wyjeżdżonej przez wulkanologów, której nie udało nam się znaleźć w pierwszą stronę. Nikt jednak nie żałował tych siedmiu dni morderczej wędrówki z komarami – było to naprawdę coś czego nikt z nas nigdy nie zapomni.
Po powrocie do Pietropawłowska okazało się, że musimy zmienić lokum. Było to związane z przyjazdem Putina, a nasze liczne bagaże budziły podejrzenia wśród służb specjalnych. Przenieśliśmy się więc do najstarszej części miasta, gdzie zamieszkaliśmy w domu wypoczynkowym dla dzieci „dzieckij sad”. Mieszkaliśmy tam razem z grupą korjackich dzieci, które przyjechały na obchody 400-lecia stolicy Kamczatki.
Wulkan Mutnowski i Gorieły

Celem kolejnej wyprawy był znajdujący się około 50 km na S od Pietropawłowska Kamczackiego wulkan Mutnowski. Dotarliśmy tam bez większych problemów, gdyż na jego zboczach trwała budowa elektrowni geotermalnej i liczne ciężarówki woziły tam materiały budowlane. Ze złapaniem „stopa” nie było wiec problemu. Kierowcy, którzy nas zabrali, bardzo ucieszyli się z naszej obecności na pokładzie Kamaza. Od razu wyciągnęli flaszkę i zaczęła się impreza w samochodzie. Obciążony Kamaz ciężko wdrapywał się po krętych drogach, ale za to humory kierowców były co raz lepsze. Z duszą na ramieniu dotarliśmy wreszcie do „Geostancji”. Krajobraz był przerażający – błoto po kolana, wszędzie pełno rur, syku gorącej pary i wielkich zardzewiałe maszyny budowlane. Jednak nieopodal znajdowała się enklawa spokoju – piękna dolinka ze strumieniem, wzdłuż którego rozciągały się pola hydrotermalne. Liczne gorące źródła, wyziewy pary i gotujące się jeziorka zatrzymały nas na kilka dni.

Geostancja
Geostancja

Pola hydrotermalne pozbawione były roślinności. Miejscami tylko występowały ekstremofilne glony w różnych odcieniach żółci i zieleni. Do złudzenia przypominały one kolorowe nacieki mineralne. W wielu miejscach pojawiały się również różnego rodzaju wykwity minerałów. W zebranych przez nas próbkach udało się zidentyfikować pickeringit, halotrichit, alunogen, apjohnit, tschermigit, rozenit, copiapit, paracoquimbit, coquimbit. Minerały te nie są bardzo efektowne, tworzą najczęściej biało-żółte ziemiste skupienia lub krystaliczne powłoki na zwietrzałych skałach.
Dalsza wyprawę wstrzymywała pogoda, zaczął padać deszcz i wiać tak silny wiatr, że momentami nasze namioty były zrównane z poziomem gruntu. W środku nocy okazało się, że przez jeden z namiotów przepływa rzeka. Nie posiadając innego narzędzia niż łyżka do zupy okopaliśmy namiot, a nasze rzeczy staraliśmy się wysuszyć przy ognisku. Kończyło się nam jedzenie i nie widząc szans na poprawę pogody zdesperowani ruszyliśmy w dalszą drogę. Wielkim zaskoczeniem było dla nas, gdy weszliśmy na przełęcz, a za nią – słoneczna pogoda.

Chata wulkanologów - wulkan Mutnowski
Chata wulkanologów – wulkan Mutnowski

Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do naszej bazy. Chatka wulkanologów w której zamieszkaliśmy usytuowana była na zboczu wulkanu Mutnowskiego, wśród łąk pełnych jagód i grzybów. Wygłodzeni rzuciliśmy się na grzybobranie. Wieczorem cała chata pachniała gotowanymi maślakami, a rano wszyscy cierpieli na ostre zatrucie pokarmowe. Wbrew wszystkiemu ruszyliśmy na podbój krateru wulkanu Mutnowskiego. Jest on chyba najlepszym przykładem aktywnego wulkanizmu na Kamczatce.

Eksploatacja siarki
Eksploatacja siarki

 Ten niewysoki wulkan (2323 m n.p.m.) w swym kraterze kryje liczne jeziorka, pola fumaroli, solfatarów oraz lodowiec. Wewnątrz krateru, na zboczach natrafić można na żyły siarki rodzimej. Żyły te osiągają rozmiary do 40 cm miąższości i kilkunastu metrów długości. Poza siarką o pięknej żółtej barwie można w nich spotkać kawerny z białymi kilkumilimetrowymi kryształami gipsu. Podczas eksploatacji jednej z żył udało nam się natrafić na ogromną kawernę wielkości siedzącego człowieka. Ściany kawerny pokryte były skrzącymi się w słońcu szkieletowymi kryształami siarki a ze stropu zwisało parę kilkucentymetrowych siarkowych stalaktytów. Jedną z ciekawostek podczas pozyskiwania okazów siarki było zbieranie (dosłownie) jeszcze ciepłych okazów.
Osobliwością krateru wulkanu Mutnowskiego jest lodowiec rozpuszczany okresowo przez ciepło pochodzące z krateru. Daje on początek rzece Wulkannaja, która płynąc po zboczach wulkanu wyrzeźbiła głęboki na 80 metrów kanion Opasnyj. Właśnie u źródeł tej rzeki stoi krzyż upamiętniający tragiczną śmierć studenta geologii, który zginął na jednym z pól hydrotermalnych. Ta przestroga nie przydała się jednak naszej koleżance, która zeszła z wydeptanej ścieżki i zaczęła pogrążać się w grząskim błocie. Z pomocą pospieszył jej kolega wyciągając ją z opresji za pomocą koszuli.

Wulkan Goriełyj
Wulkan Goriełyj

Sąsiedni wulkan również był bardzo interesujący. Wulkan Goriełyj bo o nim mowa znajduje się na północ od chatki wulkanologów. Z samego rana wyruszyliśmy w jego kierunku, lecz już po godzinie natrafiliśmy na pola jagodowe. Jagody były tak wielkie i słodkie, a ilość ich wprost nieograniczona, że ulegliśmy tej pokusie. „Wypas” jagodowy zajął nam sporo czasu. Nie uszliśmy zbyt daleko, gdy zaabsorbowały nas świstaki. Czyhanie na te zwierzaki z aparatem i zabawa w chowanego znowu spowolniła nasze tempo. Dotarliśmy wreszcie na wulkan, był niesamowity.
Składał się z ośmiu kraterów położonych w jednej linii, a każdy z nich był inny. W jednym z nich, używając wody z jeziorka zrobiliśmy sobie nawet po ostatnim „chinolu”. Co ciekawe w sąsiednim kraterze zamiast wody był żrący kwas, z pływającą po wierzchu wykrystalizowaną siarką. Zebraliśmy sporo bomb wulkanicznych, pumeksów i ruszyliśmy w stronę chaty. Niestety straty czasu mieliśmy zbyt duże i w połowie drogi zastała nas noc.
Nie byliśmy na to zupełnie przygotowani. Weszliśmy w gąszcz limby karłowatej i niestety zabłądziliśmy. W labiryncie krzewów kluczyliśmy parę godzin. Przez cały czas towarzyszyła nam myśl, że zaraz możemy stanąć twarzą w twarz z wygłodzonym niedźwiedziem. Kiedy udało się nam wyjść z zarośli, okazało się, że cały czas błądziliśmy w okolicach chatki.
Dolina Gejzerów
Kolejny etap wyprawy odbyliśmy helikopterem. To jedyny sposób by obejrzeć Dolinę Gejzerów. Odkryta w 1941 roku dolina rozciąga się na odcinku 6 km wzdłuż rzeki Gejzernaja. Jest ona jednym z najbardziej dzikich i niedostępnych obszarów na Kamczatce. Położona jest na terenie Kronockiego Parku Narodowego, u stóp drzemiącego wulkanu Kichpinycz. Właśnie ten wulkan jest głównym źródłem ciepła dla Doliny Gejzerów.
Dolina rzeki Gejzernaja tworzy kanion dochodzący do 500 m głębokości. Na jego ścianach odsłaniają się przekroje potoków lawowych oraz skały wulkaniczne: pumeksy, tufy, ignimbryty. Dolina porośnięta jest typową roślinnością tundry, w tym bardzo charakterystyczną dla tego obszaru brzozą Ehrmanna.

Gejzer wielikan
Gejzer wielikan

  Najwięcej gejzerów i gorących źródeł znajduje się u ujścia rzeki Gejzernaja do rzeki Szumnaja. Największym gejzerem na tym obszarze jest Wielikan, którego otwór wylotowy wynosi 3 m średnicy. Wybucha on regularnie, co 6 godzin, wydobywając z siebie około 100 kg wody w postaci pary wodnej oraz 5 ton w słupie wody wznoszącym się na wysokość ponad 30 metrów. Wody gejzerów są mocno nasycone wypłukanymi ze skał substancjami mineralnymi, które osadzając się w obrębie wylotów tworzą grube skorupy – gejzeryty. W wyniku tego procesu z czasem wytwarzają się kopuły skalne, w których powstają zagłębienia wypełnione wodą z pieniącymi się bąblami gazów wulkanicznych.

Kocioł błotny
Kocioł błotny

Oprócz syku i parskania gejzerów w Dolinie Gejzerów słychać także przytłumione bulgotanie gotującego się błota. Są to niewielkie jeziorka błotne (ok. 2 m głębokości i 5 m średnicy), na powierzchni których gorące gazy tworzą wielkie, pękające po chwili bąble. Czerwone błoto ma skład zbliżony do bentonitu, w związku z tym w okresie suchym, kurczy się i pęka, zaś przy dużym dopływie wody kilkukrotnie zwiększa swoją objętość.

Charakterystycznym zjawiskiem są również wulkany błotne. Wyglądają one jak miniaturki dużych wulkanów – przy czym ich wysokość sięga kilkudziesięciu centymetrów.
Pobyt na Kamczatce od czasu do czasu umilaliśmy sobie kąpielami w gorących źródłach czy też pijąc wody mineralne. Z dobrodziejstw gorących źródeł korzystaliśmy najczęściej w miejscowości Paraturka niedaleko Pietropawłowska Kamczackiego. Wody tych źródeł osiągają wysokie temperatury, nawet do 92°C.

Niepowtarzalność i różnorodność przyrody Kamczatki stanowi prawdziwe wyzwanie. Trzeba jedynie mieć trochę czasu i… pieniędzy, żeby tam dotrzeć. Na miejscu można liczyć na przyjazność Rosjan, którzy chętnie pomagają turystom „z Polszy”. Na wulkanach Mutnowskim czy Kluczewskiej Sopce można mieszkać w drewnianych chatkach wulkanologów, których drzwi otwarte są dla każdego a po trudzie wypraw odzyskać siły w stolicy Kamczatki – Pietropawłowsku Kamczackim, gdzie na targowiskach czekają pyszne łososie, kawior i inne smakołyki.

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć minerałów oraz z wyprawy.